poniedziałek, 4 listopada 2013

Dobre, bo polskie - filmy, część 1.


Polskie filmy ostatnio częściej dostają po uszach niż osiągają spektakularne sukcesy. Ja sama niestety zauważam, że oglądam je coraz rzadziej, bo zazwyczaj okazuje się, że mogę je bezpiecznie zaszufladkować do jednej z dwóch kategorii, z których żadna nie do końca do mnie przemawia. Pierwsza to proste, a czasem wręcz prostackie, komedie bazujące na najprymitywniejszych uciechach i wytartych szablonach, druga natomiast to wzniosłe i zazwyczaj do bólu poważne obrazy traktujące zazwyczaj o bólu, cierpieniu, patriotyzmie i Żydach.

Dlatego też czasami mam ochotę powtórzyć za bohaterem innego polskiego filmu i powiedzieć, że "...w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic." I niestety czasami naprawdę mam ochotę wyjść z kina. Nie wychodzę, bo jestem jedną z tych osób, które zostają nawet na najboleśniejszych filmach (wysiedziałam zarówno na Ultimatum Bourne'a jak i na Królewnie Śnieżce i Łowcy, a w domu zdarzało mi się kończyć i gorsze gnioty). Dlatego, by przekonać samą siebie a także może kogoś jeszcze, że jednak nie jest tak źle z polskim kinem, zaczynam serię postów pod hasłem "Dobre, bo polskie", a na pierwszy ogień biorę właśnie filmy. W dzisiejszym odcinku - te stare.

Zaznaczam tutaj, że celowo pomijam sztandarowe klasyki polskiego kina, Misie, Rejsy, Rozmowy kontrolowane i Seksmisje, które TVP katuje na okrągło i wszyscy je już znają. Bo znają, prawda?

1.Hydrozagadka (1970, reż. A. Kondratiuk)
Ten film absolutnie musiał znaleźć się na pierwszym miejscu, i jeśli jest jeszcze ktoś, kto go nie widział, to powinien natychmiast zebrać ekipę dobrze zakręconych ludzi i nadrobić zaległości. Mistrzostwo absurdu, oraz film o superbohaterze w wydaniu polskim - i jak dla mnie lepszym od Iron Manów i Batmanów. Ale co tu porównywać, skoro to tak naprawdę zupełnie inna kategoria... Tu nie znajdziemy spektakularnych wybuchów, pokazów pirotechnicznych, choć pościg czy dwa już są. Film z każdą nową sceną zaskakuje, każdy dialog jest perełką a aktorzy brawurowo odgrywają postaci, z których każda jest zdecydowanie wyjątkowa. Ale tego się po prostu nie da opisać. To trzeba zobaczyć. Zdejm kapelusz!

2.Lekarstwo na miłość (1966, reż. J. Batory)
Ekranizacja debiutanckiej powieści Joanny Chmielewskiej, przy której powstawaniu podobno autorka regularnie spierała się z reżyserem. Cieszę się, że jednak ostatecznie udało im się doprowadzić ten film do końca, ponieważ jest to komedia, na której naprawdę śmiałam się w głos. A to wcale nie jest takie oczywiste. Mamy tutaj zagadkę kryminalną, sporą dawkę zdrowego absurdu, smaczki z przeszłości i cudowną Kalinę Jędrusik mówiącą sobie "A właśnie, że będę niemoralna!". Nie wiem czy to zasługa prozy pani Chmielewskiej czy reżyserii, ważne jest, że efekt końcowy jest przesmaczny, jak i przeuroczy. Lekarstwo nie tylko na miłość, ale również i na smutki.

3.Dziewczyny do wzięcia (1972, reż. J. Kondratiuk)
Absurd wydaje się być wspólnym mianownikiem wymienianych tu filmów, pojawia się i w Dziewczynach, i przez jakiś czas można myśleć, że oglądamy czystą komedię. Nie można się nie śmiać przy kultowej scenie z kremem sułtańskim, czy monologach dziewczyn przed lustrem. Co jednak odróżnia ten film od dwóch poprzednich to to, że potem ten absurd obraca się, zmienia kolor, a film staje się bardzo słodko-gorzki. Śmiech jakby cichnie, jego miejsce zajmuje refleksja, zwieńczona pięknym utworem Czesława Niemena. To taki film, z którego nie da się wyjść i zapomnieć - zostaje w głowie i zmusza do zastanowienia się.

4.Jadzia (1936, reż. M. Krawicz)
To już film prawdziwie oldskulowy, w czym też pewnie kryje się część jego uroku. Poza walorami samego filmu podziwiać tu można cudowne stroje i rozmyślać nad tym, jak bardzo świat się zmienił od lat trzydziestych, które przecież nie były aż tak dawno. I choć pewnie trzeba mieć słabość do staroci by go obejrzeć, bo mocno trąci myszką, to myślę, że warto, bo jest wyborną komedią, pełną świetnych dialogów i subtelnych żarcików.

Na dzisiaj to tyle, ale wkrótce nastąpi dalszy ciąg programu, a filmy będą coraz nowsze. Mam nadzieję, że może uda mi się udowodnić, że polskie kino nie jest takie złe, jakim je malują...

4 komentarze:

  1. Wymienione filmy są bardzo stare i raczej nie moja tematyka. Ale Ładnie napisane:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam w planie pisać też o nowszych, no ale nie gwarantuję, że tematycznie podpasują. Wiadomo, że gusta są różne :)

      Usuń
  2. czuję się zaproszona do kina ;)

    Zapraszam do obserwowania: www.vacuumshadow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń